Trudne historie

Hans nigdy nie miał lekko. Problemy zaczęły się już w przedszkolu, lecz ich przyczyna sięgała przed jego narodzenie. Matka Hansa, rodowita ślązaczka, upierała się przy tym właśnie imieniu. Ojciec Hansa oponował. Tłumaczył jej całymi nocami, że teraz w Polsce takiego imienia dziecku dać nie można. Że to za wcześnie, bo kraj miał trudną historię. Matka nie rozumiała tego zupełnie. Przecież bycie Hansem, imiennikiem wielkiego baśniopisarza Hansa Christiana Andersena, to zaszczyt dla jej syna. Była bardzo przy tym uparta. Ojciec wytaczał kolejne argumenty, że dzieci się będą śmiały, że baśnie Andersena były nieco pesymistyczne. To obruszyło matkę do żywego. Gdy tylko próbował poruszać temat, jak zacięta płyta odpowiadała: “A co? Może wolałbyś by miał imię po jakimś radosnym polskim bajkopisarzu? Podaj przykłady! Może Sienkiewicz?!” – kończyła z przekąsem. Ojciec na to milkł i gasł w sobie. Zostało przy Hansie.

Tak zaczęła się trudna historia Hansa. Kiedy poszedł do przedszkola dzieci go odrzuciły. Nikt się z Hansem bawić nie chciał, jedyne co słyszał od rówieśników to okropne żarty. Potem szkołą podstawowa, gdzie było tylko ciężej. W wieku kiedy zaczynał interesować się dziewczętami, spotykał się z całkowitym odrzuceniem z ich strony. Śmiały się, przykładały dwa palce pod nosem i omijały go szerokim łukiem. Kolegów też nie miał. Wracał codziennie smutny ze szkoły do smutnego domu. Ojciec patrzał na niego spojrzeniem, w którym wyraźnie widać było wyrzuty sumienia. Można powiedzieć, że rozumieli się bez słów, bo w ogóle z sobą nie rozmawiali. Matka zagadywała, ale wyraźnie czułą się niezręcznie. Między rodzicami też było coraz gorzej. Nocami słyszał przez ścianę kłótnie rodziców o to co czytają do snu.

Pewnego dnia Ojciec sprawił sobie teleskop i wróciła nadzieja na odrobinę radości w domu. Późnymi wieczorami zabierał syna na strych i pokazywał mu Gwiazdę Polarną. Niekiedy mówił przy tym pod nosem: “To wszystko przez nią.”, ale Hans czuł, że lepiej nie pytać o co chodzi. W tym czasie ojciec zaczął później wracać do domu, co wiązało się z kolejnymi awanturami. Hans szczególnie zapamiętał, jak Ojciec odwieszał płaszcz i coś w rodzaju dużej ekierki wypadło na podłogę. Matka coś krzyczała o “trójkącie nawigacyjnym”, ale nie wiedział o co chodzi. Potem przycichło na jakiś czas, ale zdarzały się awantury. Przykładowo, gdy przechodzili koło sklepów żeglarskich i ojciec oglądał się za sekstantami na wystawie.

Kulminacja nastąpiła w okolicy jego osiemnastych urodzin. Gdy ojciec był w pracy, matka przeszukała jego biblioteczkę i znalazła tam “Latarnika”. Padła na kolana i po raz pierwszy zalała się łzami rozpaczy. Kiedy ojciec wrócił wpadła w furię, zaczęła na niego krzyczeć i podarła “Latarnika”. Ojciec zaczął pakować walizki. Gdy matka to zobaczyła, zaczęła go błagać by nie odchodził. Kłócili się przez pół nocy. Hans stał schowany, tuż obok drzwi i przysłuchiwał się temu przerażony. W końcu zobaczył jak ojciec wychodzi z walizkami. Matka stała w drzwiach pokoju i nie próbowała go zatrzymać. Ojciec otworzył drzwi i zatrzymał się szybko położył walizki na podłodze i zaczął je przeszukiwać. Z pomiędzy ubrań wyjął egzemplarz “Pana Tadeusza”. Spojrzał na matkę nienawistnie i rzucił nim o podłogę. Zapił walizki i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Matka zamknęła się w swym pokoju i płakała do rana.

Kilka dni później przyszedł list od ojca, ale matka nie chciała go Hansowi pokazać. Adres nadawcy wskazywał okolice Bałtyku. Hans bardzo chciał zrozumieć co zaszło. Dobrze pamiętał wieczory spędzone z ojcem przy lunecie. Pamiętał też “Latarnika”. Zaczął coraz więcej czasu poświęcać nocnemu niebu. Marzył, że uda mu się wypatrzyć latarnię ojca. Mijały lata i w końcu został astronomem. Znalazł pracę w obserwatorium przy projekcie wyszukiwania planet zdatnych do życia. Był w tym tak dobry, że znalazł własną. Nazwał ją Calineczka-370c. Uwielbiał nocami wpatrywać się w jej ekstrapolowaną lokalizację i marzyć o tym jak piękne życie na niej być musi. W przeciwieństwie do tego na Ziemi. Niedługo potem zmarła jego matka. Gdy otrzymał jej rzeczy, odnalazł w nich list od ojca, którego do śmierci nie chciała go pokazać. Otworzył kopertę. W liście były tylko trzy słowa: “Wielkie lesbijskie orgie”.

Wszystkie ptaki stoją w miejscu

Obudziłem się przed świtem. To było dziwne, bo zwykle po tak męczącym dniu odsypiałbym do momentu, aż zbudziły by mnie palące promienie słońca. Byłem tak rozbudzony, że postanowiłem zebrać się i ruszyć dalej, w poszukiwaniu miejsca, w którym warto się zatrzymać na dłużej. Ruszyłem wzdłuż nabrzeża drogą, którą dotarłem w to miejsce zeszłego wieczoru.

Paliło mnie niepokojące przeczucie. Może to nieprzespana noc – myślałem. Zmroziło mnie, gdy uniosłem wzrok i spojrzałem na drzewa. Gałęzie były obsadzone przez ptaki. Mnóstwo wszelkiego rodzaju ptaków. Albatrosy, mewy, kruki, dziesiątki gatunków, których nie potrafiłem nazwać. Od razu skojarzył mi się film Hitchcocka, lecz byłem zbyt osłupiały by dostrzeć tego absurd. Odruchowo zwolniłem kroku i pochyliłem się. Ptaki ani drgnęły. Szedłem przed siebie, mając po lewej stronie morski horyzont, zza którego zaczęło wstawać słońce. Gdy tylko się pijawiło ptaki natychmiast wzbiły w powietrze z głośnym krzykiem, każde na swój sposób.

Zerwałem się ze snu. Usiadłem i szybko dotarło do mnie poczucie rzeczywistości. Słońce grzało mnie mocno, szczególnie na twarzy. Jedyne co zostało ze snu to głośny śpiew, a raczej krzyk ptaków. To była moja pierwsza noc nad morskim nabrzeżem w tych stronach i nie spodziewałem się, że będzie aż tak głośno o poranku. Nie uspokoiłem się jednak. Będąc przesądnym i wierzącym swej intuicji, ten sen, choć już zupełnie nie prawdziwy, miał być dla mnie wróżbą na cały mój pobyt tutaj.

Spakowałem się i ruszyłem. Tą samą drogą co we śnie, co tylko wzbudzało mi ciarki na plecach. Wędrowałem wzdłuż nabrzeża i pilnie przyglądałem się ptakom, tym nad wodą i tym nad lądem. I zastanawiałem się, jak to jest z nimi. Mają pełną swobodę, skrzydła, które pozwalają im oblatywać cały glob, a pewnie trzymają się wciąż tego samego miejsca. Tego samego nabrzeża. Może nie umieją sobie nigdzie znaleźć domu, tak jak ja. Może używają swych skrzydeł by odbywać najdalsze wędrówki, ale wciąż muszą wracać w te same miejsca.

Są takie gatunki ptaków, które wybierają sobie miejsce zamieszkania zależnie od pory roku. Przemierzają tysiące kilometrów. Tylko po to, by zmienić swoje położenie między dwoma dobrze znanymi sobie punktami. Może moja podróż też taka miała być w założeniu, z którego nie zdawałem sobie sprawy.

Sorrento

Mówi się, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Widać, że coś w tym jest, gdy spojrzy się na mapę miasta i jego okolic. Mnie jednak wszystkie drogi prowadziły do Sorrento. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Nie dane mi było zawczasu spojrzeć na mapę swego przeznaczenia.

Sorrento to małe portowe miasteczko na południu Włoch. Trafiłem tam zupełnie przypadkiem, tak mi się przynajmniej wydawało. Byłem w trakcie podróży w nieznane. Mały zapas gotówki i telefon z kiepskim dostępem do internetu. Nie potrzebowałem nic więcej, by odnaleźć się w nieznanym kraju. Nie miałem konkretnego celu, choć ciągneło mnie nad morze. Gorący klimat Włoskiego lata był dla mnie wyczerpujący. Kiedy spędzasz czas w jednym miejscu, możesz dostosować się do rytmu dziennych upałów i chłodnych wieczorów. Nocne życie ma w sobie wiele uroku. Do podróży niestety najwłaściwszą porą jest sjesta. Jeśli nie wiesz gdzie będziesz spędzać koniec dnia, chcesz jak najlepiej wykorzystać jego początek. W tej klimatycznej strefie sjesty znośne są tylko dzięki morskiej bryzie.

Sorrento wybrałem przypadkiem, kiedy sprawdzałem gdzie znajdują się miejscowości, z rozkładu przystanku autokarowego, na którym również znalazłem się przypadkowo. Kiedy jeszcze nie wiedziałem, że to Sorrento jest tak naprawdę celem mojej podróży, wystarczyło mi szybkie sprawdzenie, że znajduje się nad samym morzem. Pięć godzin podróży w klimatyzowanym autokarze i tak oto wysiadłem na niepozornym przystanku, gdy słońce zaczynało opadać nad horyzontem.

Założyłem raczej sporych rozmiarów plecak i ruszyłem w strone morza. Nie martwiłem się o nocleg, było tak ciepło, że mogłem spać na plaży pod gołym niebem nawet bez namiotu i śpiwora. Miałem z sobą odrobinę jedzenia, w sam raz by nie głodować do następnego dnia. Miasteczko nie zrobiło na mnie większego wrażenia, nie wyróżniało się niczym przykuwającym uwagę. Drobne domki i wąskie uliczki. Niewielu ludzi. Z pewnością nie była to miejscowość turystyczna. Tym lepiej dla mnie – pomyślałem. Nie szukałem towarzystwa ludzi. W trakcie tej podróży chciałem pobyć sam. Odpocząć, nabrać dystansu. Oczywiście wszystko potoczyło się odwrotnie niż w moim planie. Albo raczej mój plan był zupełnie inny niż sądziłem. Pierwszym sygnałem był brak plaży. Zorientowałem się o tym, kiedy przeszedłem w kawał nabrzeża, najpierw w blasku zachodzącego słońca, potem w mroku światła pełni księżyca. Wdarł się wtedy we mnie lęk. Nie bałem się o siebie bezpośrednio. Znalazłem ustronny kawałek trawy nad skalistym brzegiem i ułożyłem się do snu. Lęk wdarł się w moja wizję podróży, na tyle głęboko, że jeszcze wtedy zasnąłem nie czując go wyraźnie.

Miasto na Kamiennej Wyspie

Kaesos w milczeniu spoglądał ze szczytu wieży na swą kamienną wyspę. Szarość skał i błękit morza wydawały się mienić w jego srebrno niebieskich oczach. Stał w bezruchu, prosto, jednak nie było w tej pozie już jego dawnej dumy. Słońce jaskrawymi refleksami odbijało się od wypolerowanego srebrnego pancerza na jego torsie. Dzień był i szum fal zagłuszał wszystkie dźwięki jakie dobiegać mogły z portu. Miasto było już opuszczone.

Mantus, o ponad głowę od niego wyższy stał z nim upajając się swym samozadowoleniem. Kontrastował z Kaesosem niemal w każdym detalu. Jego twarz pokrywała gęsta czarna broda. Miał pełną zbroję, a na głowie przystrojony piórami hełm. Miał pełną zbroję. Podpierał się włucznią. Mimo gorąca miał narzucony na siebie pled przeplatany piórami.

– Piękne miasto sobie wybudowałeś Kaesosie. – w głosie Mantusa wyraźnie było słychać szyderstwo – Godne podziwu. – kontynuował – Te domu wykute z litej skały. Drogi. Nawet akwedukty.

Zawiesił głos zerkając na Kaesosa. Ten nie zareagował nawet drgnięciem, jakby udając, że go nie słyszy.

Mantus obrócił się za siebie, w kierunku portu.

– Szkoda tak pięknego miasta. Wszyscy je opuszczają. Przykre. Jak do tego doszło…

– Ile to jeszcze potrwa? – spytał Kaesos wciąż zwrócony tyłem do portu.

Mantus uśmiechnął się krzywo i zwrócił w stronę Kaesosa.

– Już nie długo królu. – Odpowiedział drwiąco.

– Nie jestem królem i wiesz o tym. – wciąż nie odwracając się odparł Kaesos.

– Nie?! – spytał Mantus udając zdziwienie. – A czy to nie ty zebrałeś ludzi na tej wyspie? A czy to nie ty ze swoimi ludźmi zbudowałeś to miasto? – dodał, włócznią roztaczając krąg nad wyspą.

– Tak. Ja. Ale nigdy nie byłem królem. – powiedział Kaesos wciąż patrząc w morze.

Na to Mantus zaśmiał się gromko.

– Nie byłeś! – zawołał z rozbawieniem w głosie po czym zrobił pauzę z zmarszczył brwi. – Nie byłeś! – zakrzyknął gniewnie. – To prawda! Pewne myślisz, że cię zdradzili. Że odeszli od ciebie. Ale to ty ich porzuciłeś!

Kaesos nie reagował.

– Nie wygrałbym tak łatwo, gdyby sami nie przyszli do mnie. Nie byłeś ich królem. – powiedział z pogardą.

– Nie – odparł Kaesos i zamilkł. Nieobecnym spojrzeniem spoglądał na potężne mury wykute w skale. Wodził pustym wzrokiem po opuszczonych kamiennych domach. Cała wyspa została wysiedlona. Ostatnie statki z mieszkańcami właśnie odbijały od skalnych portów.

– Milczysz Kaesosie – odezwał się z satysfakcją Mantus. – Czy to wstyd i gorycz odebrały ci mowę?

– Tę rozmowę chcesz uczynić częścią mej tortury? – spytał zimno Kaesos. – Wygrałeś, masz wszystko. Przyznaję.

– Nie. Nie wszystko. Tobie pozostawiam miasto. – odparł Mantus. – Zostawię cię tutaj.- Obrócił się w kierunku portu. – Zabraliśmy całe jedzenie z wyspy. Będzie potrzebne twym pobratymcom. Zobowiązali się, że staną na straży wyspy. W okrętach poczekają wokół niej tak długo, jak będzie potrzeba, by upewnić się, że nikt jej nie opuści.

Znieruchomiał.

– Jak widzisz, okazuję ci łaskę.

Kaesos nie odpowiedział. Wydawał się niewzruszony. Spoglądał na sieć starannie wytyczonych skalnych uliczek i akweduktów.

– Nic mi nie odpowiesz na to>? Nie zwiedzie mnie twój spokój. – powiedział Mantus i powiódł za spojrzeniem Kaesosa.

– Tak, przyglądaj się. Oto ginie twoje miasto. I milcz. Jak tchórz nie zdolny nawet do jednej obelgi.

Kaesos uniósł wzrok ponad horyzont i wziął głęboki wdech. Nie spoglądając na Mantusa, przemówił jakby słowa swe kierował do bezkresu morza.

– Mantusie, powiedz mi, czy gdy wichura zniszczy twe sady, będziesz się się złościł na wichurę?

Mantus zmarszczył gniewnie brwi. Kaesos kontynuował:

– A gdy przyjdzie pożar i pochłonie twe plony, czy będziesz się złościł na pożar Mantusie?

Mantus z pogardą wykrzywił usta i uniósł głowę.

– Mówisz jak tchórz. Przyrównujesz mnie do bezmyślnego żywiołu. A prawna jest taka, że nie doceniłeś mnie Kaesosie. Moja flota miała znaczną przewagę, ale to nie dlatego przegrałeś. Przegrałeś, bo miałeś mnie za głupca. Przegrałeś, bo byłeś tchórzem, który próbował się zasłonić swymi ludźmi. Był czas, kiedy mogłęś się ze mną skonfrontować. Ale nie zrobiłeś tego. Wiesz dlaczego? Bo się bałeś. Bałeś się, że ukaże się twoja słabość. Że tę słabość ujrzą twoi ludzie. Ale widzisz, oni i ta poznali się na tobie. Właśnie wtedy, gdy nie stanąłeś po ich stronie. Właśnie wtedy zdali sobie sprawę, że jesteś nikim. Nie byłeś królem. Byłeś pasożytem. Korzystałeś z ich życia, by budować sobie bezpieczne gniazdo. Wolałeś je od jego mieszkańców. Teraz skonaj w nim, niech w ostatnich chwilach pocieszą cię skały.

Mantus zamilkł z triumfalnym uśmiechem.

Kaesos spuścił głowę, po czym uniósł ja ponownie i powiedział:

– Mantusie, myślisz, że możesz zbudować sobie pomnik na wieki? Wszystko umiera. Każdy człowiek, każda budowla. Państwa. Wyspy. Wszystko przemija. Myślisz, że za 1000 lat ktoś wspomni twoje imię Mantusie? A za dwa tysiące? Myślisz, że ktoś będzie cię pamiętał za 10 tysięcy lat? Po takim czasie nikt nawet nie będzie wiedział jak się wymawia twe imię. Jeśli będzie miał kto je wymawiać. Ludzkość też przeminie Mantusie.

Mantus naprężył się dumnie.

– Prawdziwy król nie walczy dla pomników i chwały, lecz dla swych ludzi i idei. Skoro każdy umrze Kaesosie, co innego może nadać ludziom sens i ich zjednoczyć, niż idea?

– Co warte są idee. Co warta jest wizja i pasja. Zawsze przyjdzie większy sztorm, większa zaraza. Większa armia. Czy warto poświęcać własne życie za swe idee, gdy nie ma już szans na zwycięstwo? A jeśli tak, to czy warto poświęcać życie innych ludzi? Dla własnej idei? Czy byłoby to wobec nich uczciwe?

Pytanie zawisło w powietrzu, Mantus przyglądał się uważnie Kaesosowi.

– A co dostaną w zamian? Jeśli przetrwają? Inną ideę. Nie mniej kruchą. Tym solidniejszą im bardziej ktoś będzie o nią walczył.Czy nie ważna jest dla nich tylko ta idea, która utrzyma ich przy życiu? Idea, którą musi im dać ktoś inny, kto będzie zdolny utrzymać ich razem. Jeśli nie ma na horyzoncie wroga, pokój jest świętością. Czy przestają nią być, gdy pojawia się wroga idea? Czy musisz za wszelką cenę bronić swojej, za cenę życia swego i swoich ludzi? A co, jeśli ta inna metoda jest lepsza, trwalsza? Czy nie lepiej zatem jest ludziom pozwolić, by przyjęli tę ideę za swoją. Bez poczucia, że niszczą coś sobie bliskiego? Tak bu mogli bez sprzeczności zacząć żyć pełnią nowej idei?

Kaesos zamilkł i wpatrzył się w horyzont.

– Tak, może i będą szczęśliwi. Ale co z tobą Kaesosie? Nie naprawdę nic dla siebie nie chciałeś? Wierzysz w to? Naprawdę wierzysz, że twoje miejsce jest tutaj, w tym martwym mieście? – spojrzał na niego w zadumie. Z lekkim uśmiechem dodał – Czyżbyś znalazł sposób, by umrzeć za życia?

Kaesos nie odpowiedział.

– Ostatni statek z twymi ludźmi już odpłynął Kaesosie. – Mantus uśmiechnął się szyderczo – Skoro nie żal ci swej idei Kaesosie. Nie żal ci miasta. Może żal ci twych ludzi. Może żal ci, że żona nie została przy tobie? – wyszczerzył zęby – Tul swe skalne ściany wiedząc, że da mi gromadkę dzieci.

Kaesos przemierzył spojrzeniem swą wyspę, po czym zatrzymał swe spojrzenie na jednym punkcie.

– Pomyliłem się… – wyszeptał.

Mantus z zuchwałym uśmiechem pochylił się ku niemu.

– Mantusie, widzisz tamtą zabudowę na północy, tam gdzie przebiega akwedukt – powiedział wykonując niewielki wskazujący ruch ręką. Mantus uniósł głowę i spojrzał w wskazanym kierunku.

– Widzę.

– Widzisz, to był najtrudniejszy etap. Na samym początku zaczęliśmy budować miasto według ścisłego planu. Nie wszystko było skalkulowane, ale mieliśmy w sobie wiarę i zapał. Skała była tam za niska i spływająca woda miała za niskie ciśnienie. Mówili mi, że to za nisko, ale uparłem się, uważałem, że wystarczy. Można było ten problem rozwiązać później. Potem pół miasta miało problem z nieczystościami. A ja wmawiałem im, że to przez suszę. – zaśmiał się – Był plan, by to przebudować, pracy na całe lata… Ale pewnie tak by już zostało. – Przerwał i spojrzał zuchwale Mantusowi prosto w oczy. – Mantusie, bardzo się pomylliłem.

Rozwścieczony Mantus kopnięciem w brzuch powalił Kaesosa na ziemie. Gdy ten leżał nie mogąc nabrać powietrza, uniósł włócznię w obu rękach wysoko nad głowę i całym ciężarem runął na Kaesosa. Kaesos wydał z siebie głębokie świszczące westchnięcie gdy włócznia przebijała się przez jego trzewia. Opadł bezwładnie.

Mantus wyprostował się i wypuścił ze swych rąk włócznię. Zrobił krok do tyłu i spojrzał na przebitego włócznią Kaesosa jakby patrzył na swoje dzieło. Jakby właśnie zatknął flagę zaznaczając nowe terytorium. Nie był jednak dumny z siebie, dyszał z wściekłości.

Okulary Przeciwsłoneczne

Hans chwycił okulary. To już koniec – pomyślał. Słońce świeciło zbyt długo, stało się męczące, nudne i przewidywalne. Wstał zza biurka. Mimo, że był to środek upalnej jesieni, przywdział brązowe brogsy, prochowiec i fedorę z króliczej skóry. Stanął przed lustrem w przedpokoju i spojrzał swemu odbiciu głęboko oczy. Drżącą ręką wyjął zza poły płaszcza okulary przeciwsłoneczne. Założył je i… nic się nie stało. Nikt lepiej od niego nie mógł być tego pewnym. Znajdował się przecież wewnątrz budynku, Słóńce nie było w zasięgu jego wzroku. Co mogło się stać? Wyszedł z pomieszczenia i ruszył korytarzem. W jego ruchach nie było zawahania, choć wyczuwalne było napięcie. Uchylił drzwi wyjściowe z budynku. Cały świat spowity był jaskrawym słonecznym światłem. Brr, obrzydliwe – pomyślał. Szybkim ruchem upewnił się jakie go typu okulary na na twarzy i spuścił wzrok w Ziemię. Ruszył przed siebie. Teren parku otaczającego obserwatorium pełen był ludzi, wszyscy jednak zajęci byli sobą i nikt nie zwracał na niego uwagi. Uśmiechnął się gorzko pod nosem.

Zatrzymał się na środku Alei Mlecznej. Był zdziwiony, że nikt po niego nie przyszedł, nikt go nie śledził. Szybko jednak zdał sobie sprawę gdzie właśnie znajdowali się jego wrogowie. To dodało mu otuchy. Przyglądał się kątem oka tym wszystkim radosnym ludziom cieszącymi się słonecznymi promieniami. Myśleli, że jeszcze tyle mają przed sobą, do zimy. Tak bardzo się mylili. Łza spłynęła po jego policzku. Decyzja była już podjęta. Uniósł głowę i skierował wzrok prosto w Słońce.

Okulary natychmiast wystrzeliły czarną wiązkę. Wydawało się, że robi się ciemno, jakby niebo przysłaniała chmura. To jednak wiązka wchłaniała okoliczne światło. Ale tylko to składające się z niemal równolegle pędzących fotonów, które jeszcze kilka minut temu opuściły Słońce. Zachodziło to w całkowitej ciszy, nikt nie zwrócił na to uwagi. Stał tak nieruchomo, aż minęło osiem i pół minuty. Uśmiechnął się lekko. Zdjął okulary, odrzucił je i pędem ruszył z powrotem do obserwatorium. Wbiegł do swojego gabinetu i przyglądał się obrazom z kamer monitoringu. Gdy minęło łącznie 17 minut odkąd zdjął okulary, świat spowiła ciemność. Kompletna i czarna. Do ziemi przestały docierać fotony z nieistniejącego Słońca. Przestał też funkcjonować Układ Słoneczny. Planety wystrzeliły, każda w swoją stronę. To był koniec. Ziemia mogła jeszcze długo utrzymać temperaturę, ale los cywilizacji i życia był przesądzony. Hans dobrze o tym wiedział. Spokojnymi ruchami wykręcił numer na tarczy starego czarnego telefonu. Gdy głos odezwał się w słuchawce, wypowiedział tylko trzy słowa: Wielkie Lesbijskie Orgie.

Grejpfrut

Bardzo mi zaszkodził. Początkowo nazywano go “zakazanym owocem”. Nie bez powodu.

Zacznijmy od nazwy. Nie mogę się przyzwyczaić do jej polskiego zapisu. Cytryna, pomarańcza – ok, ale grejpfrut? Grej, że szary?! A nie, wzięła od “grape” (zawsze to “p” mi gdzieś ucieka). Winogronowy owoc niby? Ano tak, rośnie w gronach. Całkiem logiczne.

Grejprfuty są bardzo smaczne i zdrowe, zawierają witaminę C. Problem w tym, że naringina, która odpowiada za ich gorycz, ma leciutkie właściwości przeczyszczające oraz blokuje działanie niektórych wątrobowych enzymów. W efekcie jeśli bierze się pewne leki, nawet sam sok z grejpfruta może wywołać przedawkowanie. Tak. Przy części leków drineczek z sokiem może nie zaszkodzić, ale użyj soku grejpfrutowego i już bawisz się na ostro. Nigdy tego nie sprawdzałem, ale jest tak leczniczy, że zapewne na każdym kartonie drobnym drukiem napisane jest: “Sok Grejpfrutowy. Przez zażyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą lub barmanem”. Sam odmówiłbym zrobienia takiego drinka na podstawie klauzuli sumienia.

Grejfrut redukuje cholesterol, obniża ciśnienie tętnicze, przeciwdziała miażdżycy. Jest niskokaloryczny, przyspiesza przemianę materii, ułatwia spalanie tłuszczów i oczyszcza organim. Mają najwięcej likopenu i karotrnoidów. Mówi się, że poprawia urodę i opóźnia proces starzenia, ale to akurat nie prawda (spermidyna czy putrescyna – jeden czort).

Jest tak świetny, że powstała “Dieta Grefpfrutowa”, bardzo popularna w Hollywood. Nie wymaga ćwiczeń, szybki efekt. Grejpfrut, boczek i jajka. W 10 dni zrzucasz 4,5 kilo.

Tutaj darmowy audiobook dla początkujących:

Grejpfrut to GMO, ale nie równają mu się złote ryże, czy pszenice z genami owadów. Grejpfrut zmodyfikował się naturalnie, powstał z mezaliansu dwóch gatunków pomarańczy. Nie wiadomo kiedy to nastąpiło, ale od pierwszych udokumentowanych relacji (około 1750r.), był nazywany “zakazanym owocem”. Że niby taki wart grzechu. Wiecie co jest tak naprawdę zakazanym grzechem? Wpisanie “grapefruit” w youtube… Nie popełniajcie mojego błędu.

Seria technologicznych nieszczęść

Wsłuchaj się w swego zepsutego laptopa. Jeśli radio Ci szwankuje, słuchaj go tym uważniej.

Są takie dni, kiedy wszystko się sypie. A to ktoś blokuje sklepową alejkę, w którą właśnie chciało się wejść. A to kiedy prowadząc auto chce się włączyć do ruchu na pustej drodze i nagle wyjeżdża nam niekończący się sznurek samochodów. To są proste sytuacje. Wystarczy poczekać, albo obejść problem. Dosyć łatwo tę codzienną naukę przenieść do pozostałych obszarów życia.

Mówią: “90 % sytuacji, których się obawiasz, nigdy nie zachodzi.”. Słusznie. Zamiast się więc zbędnie zamartwiać, lepiej po prostu iść przed siebie, działać. Niby weryfikuje to życie, ale jesteśmy mistrzami “przeinterpretacji” i z łatwością nie odbieramy lekcji, którymi los daje nam po nosie.

Łatwo sobie wytłumaczyć, że to nie nasza wina, gdy możemy ją zwalić na innych ludzi. Prawdziwym wyzwaniem jest deus ex machina. Kiedy nieożywiony obiekt krzyżuje nam szyki. Wuj mój gdy był dzieckiem miał na to metodę – gdy rzeczywistość sprawiała mu zawód, wymierzał jej karę. Przykładowo kiedy potknął się i boleśnie obił o podłogę, brał pas i wymierzał podłodze zasłużone lanie.

Jednak z tego dziecięcego podejścia się wyrasta. Może jest to na zasadzie selekcji naturalnej – w końcu łatwo się wykluczyć z puli genetycznej ciągle piorąc się z rzeczywistością. W dużej mierze jednak jest to dzięki zwiększonej świadomości, prawda?

Na to pytanie lepiej niż najmędrszy z mędrców, może nam odpowiedzieć własny samochód, czy laptop lub telefon komórkowy i to bez dostępu do internetu. Pech się zdarza, nie mamy kontroli nad wieloma czynnikami decydującymi o naszym życiu. Prawdziwy problem jest gdy zaczynają się nakładać. Jeśli masz wrażenie, że wszystko się dookoła wali, przyjrzyj się temu. Kiedy dosięga cię seria technologicznych nieszczęść, kiedy nawet radio przestaje działać, nie złość się na nie, ale właśnie wtedy przysłuchaj mu się jak nigdy wcześniej.

I’ve seen a dying eye

Wena. Muza. Widziałem jak odchodzi, umiera dla mnie. Ucieszyło mnie to.

Czy da się pisać bez weny? Z pewnością. Powiem więcej. Bez weny piszę się najlepiej, jest ona wręcz wrogiem kreatywności. Kapryśna, nieprzewidywalna. Nie poddaje się kontroli. Jak kochanka z borderline. Zapadacie się w siebie od pierwszego wejrzenia. Pierwsze dwa miesiące to sielanka. Spełnienie wszystkich marzeń, życie czystą fantazją. Każde, najdziksze nawet życzenie realizuje się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trwałeś nieskończenie długo w marazmie, aż nagle dostajesz skrzydeł i wystrzeliwujesz w niebo, pędzisz z zawrotnymi prędkościami, wykonujesz manewry ze zwinnością niedostępną śmiertelnikowi. Wiersze same płyną z twych ust. Zapominasz każdego języka prócz poezji. Nie śpisz, nie jesz. Energia rozpiera cię od wewnątrz z taką mocą, że wydaje ci się, że możesz w każdej chwili eksplodować. Nie eksplodujesz jednak, tylko dajesz ponieść się tej oszałamiającej mocy. Zatracasz się w tym tak bardzo, że już sam nie wiesz gdzie się kończysz, a gdzie zaczynasz. Nic nie jest ci straszne. Nie boisz się lawirować wśród najtwardszych skał. Nie ma takiego, który mógłby cię zatrzymać. Masz motywację i determinację, która sprawia, że nikt nie może stanąć ci na drodze.

Aż w końcu staje się. Mijają te piekielnie cudowne dwa miesiące i czar pryska. Jeszcze przed chwilą tonąłeś w jej objęciach, a teraz stoisz z walizkami wystawionymi za drzwi. Od teraz jest tylko nienawiść. Wracasz więc posępnie do nory, z której wypełzłeś. Stawiasz walizki w kąt i siadasz na kanapie. Znajomo tutaj. Nie tak źle nawet. Nic cię nie goni, masz tyle czasu ile potrzebujesz. To nie to co jeszcze tydzień temu. Teraz nie musisz już słuchać żadnego głosu. Tak wiec na spokojnie. Po staremu. Do działania trzeba się przygotować i zrelaksować przede wszystkim. Bierzesz więc piwo z lodówki i czipsy paprykowe. Trzeba zacząć od risercz. Włączasz telewizor i skaczesz: a to newsy, a to ploteczki, a to coś zabawnego. Może jakiś serial? Tak, relaks i risercz, to podstawa żeby zrobić dobrą robotę. Wszystko w swoim czasie, bez spiny. Stworzysz to dzieło, wiesz to. Ale teraz na twoich własnych warunkach. Na spokojnie. Powolutku. Wszystko w swoim czasie.

Pewnie po takim tekście drogi czytelniku spodziewasz się przewrotnego końca. Nie tym razem. Nienawidzę weny i będę pisał bez niej. Teraz jest najlepiej. Nie chcę o niej więcej słyszeć. Zostawiła mnie dziwka.

Międzynarodowy Dzień Blogera

Dziś dowiedziałem się, że trwa Międzynarodowy Dzień Blogera. Jeśli się jest blogerem, wypadałoby coś z tej okazji napisać. Nawet jeśli nie pisało się nic wcześniej.

Ponoć w ramach obchodzenia blogerskiego święta należy podać adresy pięciu swoich ulubionych blogów. Zdałem sobie sprawę, że właściwie żadnych blogów nie czytam. Może to ma jakiś związek z tym, że nie piszę… Ale zaraz! Jednak są takie! To blogi o pisaniu! Może to ma jakiś związek z tym, że nie piszę… Cóż i tak nie ma ich dużo. Są za to takie, które chciałbym czytać, ale już brakuje czasu. Skoro tak to niech lista będzie czymś pomiędzy “polecane” a “wishlist”. Z blogami, które chciałbym czytać, bo wtedy z pewnością zacznę pisać.

W pierwszej trójce blogi, które czytam w takim porządku w jakim facebook podrzuca mi je na tablicę. Polecam na start każdemu kto chciałby pisać, ale wcześniej chce przeczytać wszystko o pisaniu co się da. Każdy z tych blogów zachęca na swój sposób do działania, ale przecież po przyswojeniu takiej wiedzy, najlepiej dać mózgowi odpocząć i zacząć pisanie od jutra.

1. http://spisekpisarzy.pl/

2. http://becomeawritertoday.com/

3. http://writetodone.com/

A teraz lista życzeniowa, blogi które bardzo chciałbym kiedyś czytać:

4. http://www.copyblogger.com/

5. http://positivewriter.com/

P.S.

Jeśli ten blog zamieni się w kolejny nic nie wnoszący blog z poradami dla osób chcących pisać, to się zastrzelę.

P.S. 2

Jeśli ktoś ma namiary na inne dobre blogi o pisaniu, to poproszę o namiary.

P.S. 3

Specjalna nagroda dla osoby, która policzy ile razy w tym tekście pojawia sie słowo blog w różnych odmianach.