Ruszyliśmy

Pozbijaliśmy naszą krypę z desek. Nie ważne jak, byle się trzymało. Taśmę klejącą, młotek i garść gwoździ zabieramy w drogę. Ważne, że mamy skrzynki pełne szampana. Imoe pyta znów, czy mamy wszystko, ale tak się śpieszymy, że nawet nie mam kiedy odpowiedzieć. Gorący piasek jałowej plaży pali nas w bose stopy. Wypychamy krypę do wody. Nie mamy na co czekać.

Krypa swoje waży, ale przedzieramy się przez piasek pchani entuzjazmem. Mamy oczy szeroko otwarte radością, , nie czujemy rozrywającego bólu mięśni. Każdy milimetr to ruch przodu. Kiedy docieramy do wody robi się lżej. Krypa ryje dno, a my pchamy ze zdwojoną siłą. Wciąż głębiej i głębiej. Zimna woda sięga do kolan, to ożywcze uczucie po tak długim oczekiwaniu na suchej i rozgrzanej plaży. W końcu woda sięga nam do pasa, a nam, po nagłym zrywie, kończą się siły. Zatrzymujemy się. Widzę w oczach Imoe rodzaj oprzytomnienia połączonego ze zwątpieniem.

– Czemu jeszcze nie unosi się na wodzie? – pyta.

– DNSy się jeszcze nie rozpropagowały – odpowiadam niechętnie.

– Co to znaczy?

– To skomplikowane, nie zrozumiesz. Musimy poczekać. – kwituję i kopię w burtę niezbyt mocno.

Imoe nie wydaje się usatysfakcjonowana odpowiedzią, ale milczy. Nastała chwila ciszy, a ja gorączkowo zastanawiam się co zrobić. Olśnienie.

– Wiesz, może jeszcze nie płyniemy, ale ruszyliśmy i to jest najważniejsze. Mamy co świętować. Mamy teraz chwilę. Podaj szampana. – mówię, a w oczach Imoe na powrót zapalają się iskierki radości.

Pomagam jej wspiąć się na pokład. Wchodzi do kabiny i słyszę odgłosy krzątania. Po chwili wychodzi z butelką szampana i dwoma kieliszkami. Podaje mi je.

– Może powieszę już mój obrazek? – pyta niepewnie.

Kiedy planowaliśmy wyprawę Imoe mówiła, że jak tylko wyruszymy, to chciałaby powisić swój obraz. Malowała go na płótnie przez kilka dni. Chciała żeby był ozdobą a jednocześnie talizmanem, symbolem wspaniałej podróży. Potakuję jej z uśmiechem a ona znów znika w kabinie. Majstruję przy korku szampana.

– Puf!! – może szampan był zbyt wstrząśnięty, a może moje ruchy niezgrabne, korek nieoczekiwanie wyskakuje z głośnym hukiem.

– Szszszszszt. – z kabiny dociera stłumiony odgłos targanego materiału.

Cisza. Zaglądam do kabiny. Imoe w milczeniu patrzy na swój obraz przebity odstającą deską. Oczy ma szkliste, ale nie płacze. Stawiam butelkę na pokładzie i wchodzę do środka. Obejmuję Imoe i mówię:

– Jak się tutaj zaceruje, a tutaj przytnie, to nawet będzie fajnie… – czuję jak Imoe z każdym moim słowem coraz bardziej się trzęsie wiec milknę.

Odchodzę i siadam na burcie patrząc w bezkresny horyzont oceanu. Nalewam szampana i biorę małego łyka. Imoe podchodzi po chwili i siada obok. Podaję jej kieliszeka a ona go odbiera bez słowa. Siedzimy tak, a słońce zniża się nad horyzontem. To piękny widok, który ma w sobie nieodpartą magię. Ile razy by się nie patrzyło na zachud słońca, zawsze zachwyca. Nie ma dwóch takich samych zachodów, ale ich piękno nie polega na różnorodności, czy niezwykłych wizualnych doznaniach. Jest w tym coś z uchwycenia niezwykłej chwili, przejścia dnia w noc. Czasu pracy i czasu odpoczynku. Czasu działania i czasu snu. Zachód słońca jest przejściem miedzy dwoma światami. Jednak tylko nad wodą można to naprawdę odczuć. Nie mówię tego oczywiście na głos. Siedzimy tak z Imoe nie odzywając się, patrząc przed siebie i tylko się zastanawiam, czy Imoe też podziwia to widowisko, czy też wzbudza w niej takie podniosłe uczucia. Czy jest po prostu wściekła. Kątem oka widzę, że jej kieliszek jest pusty. Dolewam szampana. Bez słowa toastu jednocześnie bierzemy łyka. Można powiedzieć, że świętujemy początek tej niezwykłej podróży.

50%

Jest taka zasada w zarządzaniu, że niezależnie od tego ile wyznaczysz sobie czasu na zadanie, zajmie Ci ono cały. Albo raczej – nie skończysz przed czasem. Jest druga zasada – sporządź listę celów a potem skreśl połowę. A potem i tak nie zrobisz połowy tego co zostało.

Prawdziwa sztuka aktywnego wypoczynku polega na tym, by wypoczywać w czasie, gdy powinno się być aktywnym. Miałem tak nie raz. Stres, napięte terminy, tysiąc rzeczy na głowie. Zauważyłem wtedy, że nic nie odpręża mnie wtedy tak jak nie robienie tego co stresuje. Kiedy na następny dzień mam zaplanowany termin wykonania ważnego skomplikowanego zadania, cały dzień mogę spędzić przy ekranie. Portale społecznościowe potrafią mnie wciągnąć na godziny. Mogę siedzieć na youtube i klikać odśwież na głównej stronie, nim pojawi się coś ciekawego. Nie lubię chodzić na ryby, ale myślę, że to coś podobnego. To specyficzne połączenie nudy i oczekiwania. Mogę się skupić na prostych czynnościach. Niepowodzenie nie jest ode mnie bezpośrednio zależne. Ryba nie patrzy jak wprawnie zakładam przynętę. Tak samo jest w internecie. Wyszukane frazy nie przybliżają do odnalezienia informacji, jeśli się nie wie czego się szuka. To wyczekiwanie na drgnięcie spławika i reagowanie. Bez samokrytyki, wierząc że daje się z siebie wszystko.

Podobno odwlekacze są zdrowsi. Człowiek, który stara się nadążyć za pędzącym życiem, jest w ciągłym stresie. A wystarczy na chwilę przerwać. Wyjrzeć przez okno. Wyjść z domu. Albo prościej – kliknąć w zakładkę obok. Otwiera się kraina relaksu i wyciszenia. Ulga jaką to przynosi sprawia, że człowiek angażuje się w nową sytuację dwukrotnie skuteczniej. Ten stan jest bardzo zdrowy dla organizmu. W końcu co prawda nadchodzi termin i stres się kumuluje. Ale to tylko chwila. Termin mija i można wrócić do swojego życia.

Kolejną negatywną cechą stresu jest to, że bardzo trudno podejmuje się decyzje. Kiedy ma się przed sobą dwie drogi, z których jedna jest naszpikowana sztyletami a druga wysypana potłuczonym szkłem, człowiek zastanowi się 10 razy zanim zrobi pierwszy krok. Co innego gdy nie ma czasu. Wtedy jest o wiele prościej. Kiedy uciekamy przed toczącym głazem potrafimy wydobyć z siebie pokłady zręczności, o które się wcześniej nie podejrzewaliśmy.

Na koniec i tak nie zrobi się wszystkiego. Co by się nie zrobiło, wynikną z tego problemy. Nie można zapominać, że każda porażka, to nowa okazja. Kiedy jedne drzwi się zamykają inne się otwierają. Elastyczność w podejściu do swojej sytuacji, to jeden z głównych aspektów, które świadczą o zdrowiu psychicznym.

Co takiego może się stać? Czy nie zdarza się, że trafiamy na ludzi, którzy od nas za dużo wymagają? Nie powinno się przekładać odpowiedzialności za swoje szczęście na inne osoby. Dorosły człowiek powinien potrafić wziąć odpowiedzialność za swoją sytuację i nie obwiniać za nią innych.

Ogólnie „deadline’y” to jest jedna wielka pomyłka. Jak można żyć wystawiając się wciąż na styczność z takim słowem. Gdyby to jeszcze były „lifeline’y”. Momenty, które umożliwiają rozwój. Dają nowe okazje do przeżywania tego krótkiego czasu jaki mamy w swoim ludzkim życiu. Nie jest dobrze negatywnie się motywować. Powinniśmy raczej iść za inspiracją, pasją. Cóż się dziwić, ze mamy tyle problemów, skoro już na poziomie samych słów robimy miejsce na negatywność w swoim życiu.

Trzeba umieć cieszyć się z małych rzeczy i doceniać drobne chwile jakimi obdarza nas czas. Hamaczek.